Automatyzacja tworzenia sieci w środowisku Vmware

Odkąd zajmuję się IT moim marzeniem było stworzenie infrastruktury, która pozwalałaby mi żyć – podróżować, doglądać dojrzewających winogron, spędzić czas z rodziną i przyjaciółmi czy dać ponieść się melanżowi. Dotychczas z różnych przyczyn było to utrudnione – wieczne zmiany w konfiguracji, awarie itp. sprawiały, że pod przekrwionymi oczami rosły mi coraz większe sińce, a zieleni mojej cery wtórowała coraz bardziej głuchota powodowana szumem tysięcy bezlitosnych wiatraków. Zapuchnięty, ślepy i głuchy postanowiłem znaleźć jakieś rozwiązanie tego palącego problemu, rozwiązanie, które pozwoliłoby mi wyjść z kazamatów serwerowni.


Po wielu narkotycznych transach bogowie zlitowali się w końcu nad swoim żałosnym szamanem i zesłali mi z nieba pewien pomysł… oczywiście w formie pytania. Mimo wielu objawień, jakoś jeszcze nie zdarzyło mi się aby bóstwa, w swej wszechwiedzy obdarowali mnie gotowym rozwiązaniem – workflowami i działającymi skryptami. Zawsze tylko idea, ale w swojej wdzięczności nie marudziłem tylko gryzłem łaskę.


Pytanie brzmiało – "Czy drogą wskazaną przez przodków podążać to mądrość czy strach?" W wolnym tłumaczeniu z boskiego – Czy słusznie tak dużą wagę powinniśmy przywiązywać do pochylanie się nad każdym skrawkiem konfiguracji, czy jednak zautomatyzować wszytko i śmiać się z niewolniczej pracy skryptów? Zaiste jest to pytanie bardzo sensowne, na które w moim przypadku odpowiedz była prosta – siedzieć i śmiać się.


Wpadłem, więc na pomysł zautomatyzowania datacenter do takiego stopnia, żeby w przypadku mojej nieobecności z konfiguracją mógł sobie poradzić nawet obdarzony iskierką bożą sługa Igor. Jego zadanie zamykałoby się na odpaleniu odpowiednich skryptów/workflow a cały proces integracji i konfiguracji wykonywałby się samoczynnie. Postanowiłem do tego celu użyć mechanizmów zintegrowanych z vSphere – PowerCLI, vRealize Orchestrator i... ale o tym już opowiem na wykładzie.

Prowadzący